Koniec i początek

Przygotowując się do zawodów na początku zawsze ustalam sobie cel i priorytet danego biegu. W tym roku takim ważnym startem był dla mnie maraton w Dubaju.

Nie wyszedł więc celem stała się Sevilla.

Dużo myślałem o tym biegu. Analizowałem, kalkulowałem i trochę chyba rozpamiętywałem. A i tak chyba nie ma czego. Większość z Was wie, że moim celem był wynik w okolicach 2:26.

Zakończyłem z rezultatem 2:34 czyli mocno odbiegającym od zaplanowanego.

Pierwsze kilometry pokazały mi, że będę musiał zmagać się z dystansem sam. Grupa Kenijek z którymi ruszyłem od początku okazała się tak nieregularna w trzymaniu odpowiedniego tempa więc postanowiłem, że będę się starał biec swoim, równym tempem, nawet jeśli ceną za to miała być walka w pojedynkę. Mijając ,,połówkę” z czasem 01:15:11 wiedziałem, że jest dobrze. Czułem się świetnie. Luźny, swobodnym krok uświadamiał mnie w przekonaniu, że jestem dobrze przygotowany. Miałem ochotę na więcej. Kontrolowałem każdy poszczególny kilometr. Pełni świadomy, że nie do końca będzie tak fajnie. Kilometry po 36 km pokazały mi, że forma to nie wazonik, który możesz przestawić z miejsca na miejsce. Jej szczyt powinienem był wykorzystać w Emiratach. Zaczynało brakować mi energii.

Nie będę rozpisywał się o tym jaką walkę stoczyłem, bo nic takiego nie miało miejsca. Biegłem już wolnej a braki energetyczne z jakimi się zmagałem nie pozwoliły mi na więcej. Za sprawą dwóch osób, które przyczyniły się do tego, iż te wielomiesięczne przygotowania były wyjątkowe i utrzymane w pełni zdrowia –Krzysztofa Śmichurskiego (fizjoterapia biegacza) oraz Kuby Gdulaja (Body Work)– był to maraton, który fizycznie wyrządził mi najmniej ,,szkód” niż dotychczasowe.

Po Dubaju łudziłem się, że utrzymam formę. Treningi jakie po nim wykonałem już tylko podtrzymywały we mnie dobrą dyspozycję. W Hiszpanii natomiast korzystałem już tylko z jej resztek. Jestem zadowolony. Z samych przygotowań zwłaszcza. To była fajna droga. Wielka szkoła i dużo ciężkiej pracy.

Bardzo dziękuje również Krzysztofowi Kammerowi za pomoc na trasie. Dziękuje, bo jego niedyspozycja i brak możliwości startu pozwoliły mi czuć się na trasie zaopiekowany i spokojny na punktach odżywczych.

Po maratonie dużo wypoczywałem. Fizycznie i psychicznie zwłaszcza . W pierwszym tygodniu byłem raptem dwa razy na treningu 8 km i 10 km. W kolejnym spędziłem czas w Centrum Przygotowania Olimpijskiego w Wałczu. Wspólnie z trenerem Sebastianem Papugą, opiekując się grupą fantastycznych ludzi, którzy szykują się do startów w sezonie wiosennym, spędziłem super czas. Odpoczywałem od treningów i oglądałem je z boku.

Kolejny tydzień to już wprowadzenie się w trening za którym zaczynałem powoli tęsknić. Poniedziałek rozpocząłem od wizyty w Body Work.

Wtorek pobiegłem delikatny II zakres intensywności w terenie leśnym ( 10 km – 3:36 min/km), w środę siłę biegową w formie podbiegów, kolejne dwa dni luźnej pracy tlenowej 12 i 10 km. W sobotę wystartowałem w ostatnim już w tym sezonie biegu City Trail. Nie był to specjalnie szybki bieg 00:16:20. Dołożyłem jeszcze 6 x 1 km (3:16) a tydzień zakończyłem luźnym rozbieganiem w towarzystwie Marcina Grabińskiego. Ten tydzień będzie podobny jeśli chodzi o charakter oraz intensywność treningu. W niedziele przetrę się jeszcze na ,,Maniackiej”

W planie jest odważny bieg do 8 km z nadzieją na przetrwanie ostatnich dwóch.

Celem jest jeszcze półmaraton w Poznaniu. Na nim teraz skupiam swoją uwagę. Chciałbym wrócić do szybkiego biegania.

Od miesiąca jestem licencjonowanym przewodnikiem. 28 kwietnia razem z Marcinem Grabińskim wystartujemy jako Polska Reprezentacja w maratonie w Londynie. Będziemy tam walczyć nie tylko o dobry wynik czy pozycje medalową w kategorii osób niewidomych, ale także o klasyfikacje do Tokio 2020. Ja osobiście mam już również potwierdzony start w maratonie, który odbędzie się jesienią.