Szklarka

Start na Mistrzostwach Polski z Gdańsku to jeden z tych, które chciałbym szybko zapomnieć .
Od kilku sezonów sprawdzał się u mnie pewien schemat przygotowań i startów. Zimą przygotowywałem się do wiosny. Latem do jesieni. Zimą z uwagi na zdrowie i okres treningowy startowałem głównie w biegach z cyklu City Trail. Latem pełne skupienie na treningu ukierunkowanym pod jesienne zawody. Trzy lata temu wystartowałem w Półmaratonie w Pile. Wtedy zabiła mnie temperatura. Na dziesiątym kilometrze pierwszy raz zszedłem z trasy. To była dla mnie sroga lekcja pokory.
Sam nie wiem dlaczego w tym roku popełniłem ten sam błąd. Na co ja liczyłem wiedząc, że bieg odbywa się w środku lata? Oczywiście dobrze jest wystartować w biegu, w którym masz okazję konkurować z zawodnikami zdecydowanie lepszymi od siebie. Nie tym razem. Z pewnością ten bieg, ani fizycznie ani psychicznie, nic dobrego nie wniósł. Wynik jaki uzyskałem był zbliżony do międzyczasu na dystansie półmaratonu. Śmiało mogę powiedzieć, że z wyjątkiem pierwszej części, prędkości jakie uzyskałem były prędkościami raczej treningowymi. Próba uzyskiwania wartościowych rezultatów w takich warunkach jest piekielnie trudna, o czym mogą świadczyć wyniki praktycznie większości zawodników, którzy na mecie meldowali się przede mną. Jak wysoka temperatura ,,upośledza’’ wydolność pokazują też wyniki naszych reprezentantów w maratonie na mistrzostwach Europy w Berlinie.

Od tygodnia przebywam w Szklarskiej Porębie. Zacząłem ostatni etap przygotowań do półmaratonu Praskiego. Charakter pracy jaką tu wykonałem w pierwszej części pobytu opiera się na dużym kilometrażu o średniej intensywności. Kilka spokojnych wycieczek, dużo pracy siłowej i jeden akcent wytrzymałości na prędkościach około startowych. Ćwiczenia ogólnorozwojowe i odnowa biologiczna. Wczoraj tempo na Zakręcie Śmierci ( 5+4 km ). Tydzień zamykam cyfrą lekko ponad 198 km.
Zawsze z dużego kilometrażu dobrze mi się biegało.
Nadchodzący tydzień zapowiada się pracowicie. Będzie to dla mnie ciężki okres, nie tylko ze względu na intensywność treningu i nakładające się zmęczenie. Pierwszy tydzień zleciał zupełnie niepostrzeżenie. Kto miał przyjemność korzystania z dobrodziejstw jakim jest obóz wie, że w dobrym towarzystwie czas mija zdecydowanie przyjemniej. Łatwiej znosi się również kryzysy, które bez względu na doświadczenie czy biegowy staż miewa każdy. Tydzień, który właśnie mija był takim okresem. Grupa zawodników Pro366, której jestem częścią to ludzie w różnym wieku, w różnym stopniu wytrenowania . Każdy inny, wszyscy równi. Razem ciężko pracowaliśmy, razem zdobywaliśmy szczyty i razem się wspieraliśmy. Teraz czas na prawdziwą samotność długodystansowca.
Po powrocie zaliczę start na 5 km. Taki akcent na koniec ciężkiego obozu w celu pobudzenia się do żywszego biegu.

Czas na zmiany


Maraton to dla mnie szalenie ważne wydarzenie. Dystans, który darzę ogromnym szacunkiem. Mimo, że nie jest to dla mnie podróż w nieznane, to obaw mam zawsze mnóstwo. To chyba mój koronny dystans.
Na początku przyszłego roku wystartuję na tym dystansie w Dubaju.
Trochę już nie mogę doczekać się przygotowań i całego okresu, kiedy będę wyłącznie skupiony tylko na tym dniu.
W treningu na szczęście jest tak, że na wszystko musi przyjść odpowiedni moment. Ja na ten pracuję już długi czas.
Swój ostatni maraton przebiegłem dwa lata temu. Później przez rok cierpliwie pracowałem nad powrotem i wyjściem z choroby. Ten rok przepracowałem jak żaden inny.
Fundament pod długie i ciężkie przygotowania mam chyba jak nigdy. Dzięki treningom w Body Work, czyli pracy funkcjonalnej i siły ogólniej, jestem na drodze do najlepszego sezonu w życiu.
Zbudowałem duży zapas, jeśli chodzi o prędkość. Oczywiście przygotowania do maratonu to zupełnie inna specyfika treningu, tutaj liczy się wszystko, siła, zdolność organizmu do długiej pracy, wytrzymałość, szczęście i przede wszystkim zdrowie.
Mimo, że wciąż mało piszę, to muszę przyznać, że jestem już mocno obiegany. To dla mnie duża zmiana. Starty nauczyły mnie więcej pewności siebie, nauczyłem się biegać odważne i wyciągać wnioski natychmiast, następnie wdrażać tą wiedzę w trening. W tym toku mam już za sobą ponad dziesięć startów na dystansie od 3-5 km. Dwa starty na 10 km, 3 półmaratony. To dobry dorobek wiedzy i doświadczenia pod maratońską orkę.
Ze startu na start praktycznie w każdym biegu uzyskiwałem lepsze rezultaty. Rozpędzałem się. 80 % tych wyścigów było bardziej odpowiedzią na formę niż pukaniem do drzwi życiówek.
Tego obecnie mi brakuje, rekordów życiowych. Czuję, że jestem bliski by je uzyskać. W drodze do Dubaju wyznaczyłem sobie cele. Samą maratońską walkę i wszystkie siły zostawiam na finał w styczniu.
Pierwszym takim celem będzie start na Biegu Św. Dominika w Gdynii, gdzie odbywać się będą mistrzostwa Polski na 10 km. Tydzień później będę już solidnie trenował w Szklarskiej Porębie, w której spędzę dwa tygodnie.
Mam w planie start na 5 km, praktycznie dzień po powrocie. To nie jest na pewno jeszcze ten czas, kiedy mogę to potwierdzić. Wszystko zależy jak pomyślnie przepracuję czas w górach.
Dużym sprawdzianem będzie natomiast start w Półmaratonie Praskim – Warszawa. To tutaj będę szukał szansy na poprawę swojego rekrdu życiowego.
Na dniach czeka mnie jeszcze jedna duża zmiana na lepsze. Myślę, że będzie to zaskoczenie dla wielu z Was.
Coraz częściej zastanawiam się, czy aby być z Wami na bieżąco, z przygotowaniami, treningami i realizacją projektu Dubaj 2019 nie powonieniem nagrywać materiału wideo, w którym będę mógł dzielić się tym co u mnie.
To chyba zaoszczędzi mi więcej czasu i pozwoli przekazywać znacznie szybciej informacje ,, ciekawskim’
W tej kwestii będę prosił Was o poradę.

Dlaczego maratończyk ściga się na 1500m?

fot: @runningcreative

Jestem raczej typem zawodnika bardziej wytrzymałego niż szybkiego.
Wiem jednak, że aby biegać dobrze maraton zapas szybkości jest szalenie potrzebny. To bardzo trudne zadanie, wymagające czasu, cierpliwości i zupełnie innego charakteru treningu. Pomóc w tym miało mi kilka startów.
By nie tracić czasu każdy z nich miał mieć charakter sprawdzianu, co pozwoliłoby mi utrzymać ciągłość treningową.

Najpierw jako pacemaker wspomogłem mojego niewidomego kolegę Marcina Grabińskiego w biegu na blisko 12 km. Zawody przebiegliśmy w tempie 3:50 plasując się na drugiej pozycji open.
W kolejnym tygodniu miałem zaplanowany sprawdzian na 5000 metrów. Wybrałem się do stolicy. Mistrzostwa Warszawy amatorów ukończyłem na pierwszej pozycji z wynikiem 00:15:41.
Tydzień później reprezentując drużynę Marcina Urbasia wystartowałem w maratońskiej sztafecie. Jak się okazało byłem najszybszym zawodnikiem na trasie.
W kolejnym tygodniu zaliczyłem start na 1500 metrów i było to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie.
Głównie chodzi o aparat ruchu, dla którego takie prędkości to zupełnie nowość. Do tej pory raczej adoptowałem go do długiej i ciężkiej pracy. Tutaj kluczowa była dynamika oraz odpowiedni zakres intensywnej i stosunkowo krótkiej pracy. To wbrew pozorom idealny trening przed biegiem na 5 km, który miałem w planie w kolejnym tygodniu w Szamotułach.
00:15:39 oraz zwycięstwo to na pewno wisienka na torcie. To mój najlepszy wynik w tym sezonie. Przyjemnie jest przecinać szarfę i wygrywać. Wiem jednak, że na porządne bieganie muszę jeszcze trochę popracować.
Po „piątce’’ znów założyłem kolce i tym razem przetarcie na 3000 metrów. Bolało.
Jak na maratończyka biegam teraz nietypowe, o wiele krótsze biegi.
Cofnąłem się w przygotowaniach, by uzupełnić lukę czyli coś o czym wiele lat temu zapomniałem.
Mój trening jest obecnie znacznie, znacznie odmienny od poprzedniego. Można powiedzieć juniorski.
Trudny bo muszę go łączyć z objętością, która oscyluje na poziomie 100-135 km/tyg.
Trudny, ale jak widać powyżej przynoszący zmierzone efekty i tego póki co będę się trzymać.

 

Szklarska Poręba vs. Zakopane

Ten i poprzedni rok jest dla mnie rokiem wielu zmian.
Nie tylko tych życiowych ale także tych treningowych. Z poprzednim trenerem wypracowaliśmy pewien schemat, który na tamten czas świetnie się sprawdzał. Zimą szykowałem formę na wiosnę; następnie dwa, trzy mocne starty i wyciszenie. Później dalszy trening do sezonu wiosna/ jesień, który kończyłem startem w maratonie. To pozwalało mi uciekać przed kontuzjami, zachować zdrowie i przesuwać wyniki.
W tym roku wraz z trenerem Sebastianem Papugą postanowiliśmy pójść krok dalej zaryzykować. Wynika to też z mojego większego doświadczenia. Poznałem samego siebie. Wiem na co mogę sobie w danej chwili pozwolić. Wiem też na co obecnie mnie stać. Start w poznańskim półmaratonie kosztował mnie dużo. Tak przynajmniej to wyglądało (zapraszam do zakładki galeria- zrozumiecie o czym mówię).
Był to jednak wysiłek, który nie trwał tak długo jak na przykład maraton, więc ,,pole rażenia’’ i ewentualnych przeciążeń nie było tak inwazyjne bym szczególnie teraz musiał ,,wypuszczać ‘’ trening.
Brzmi naprawdę ryzykownie, ale współpraca z gabinetem Fizjoterapia Biegacza pomaga mi na bieżąco niwelować ewentualne obciążenia czy drobne napięcia powstałe w wyniku zawód czy treningów.
Od poniedziałku do czwartku odbywałem standardowe treningi, natomiast od piątku trenowałem już w Szklarskiej Porębie. Rano po podróży rozruch, drugi trening był już wymagający (2x8x400 ). W sobotę znów siła dynamiczna i drugi trening rozbieganie (12 km) na Reglach. Niedzielę zakończyłem spokojną 18 –tką, by nie przesadzać z ilością bodźców. W kolejnym tygodniu ponownie siła, trening szybkości, ćwiczenia ogólnorozwojowe oraz praca nad techniką.  W piątek odwiedziłem też siedzibę mojego nowego partnera, który podjął się opieki by uzupełnić mój trening. Zdecydowanie muszę poprawić postawę oraz technikę, a także więcej uwagi skupić nad całym ciałem. O tej współpracy opowiem Wam więcej w kolejnych wpisach. Od wczoraj trenuję już w Zakopanem. Na miejsce dotarłem po południu. Obiad, drzemka i wieczorem ruszyłem na lekkie rozbieganie (15 km) po reglach jako wprowadzenie.
Wczoraj trening szybkości na odcinakach 300 metrów.  Dla mnie osobiście najpiękniejszy stadion w kraju.  Jestem tutaj już nasty raz i jest to zdecydowanie moje miejsce na ziemi .

Pozostawiłem swój ślad w Poznaniu

W roku w 2006 po raz pierwszy przyjechałem do Poznania. W roku 2009 postanowiłem wystartować w swoim pierwszym biegu. Była to dziesiąta edycja Poznań Maraton.

Miasto Poznań to mój dom. Tu mieszkam, tu trenuję, tutaj pracuję. Tutaj urodził się mój syn, tu powstało PRO366. To tutaj spełniają się moje sportowe marzenia.  W tym mieście uzyskałem swoje najlepsze wyniki. Tu biega mi się wyjątkowo dobrze. Mimo, że nie należę do polskiej elity, zawsze dbano o mój komfort przed startem. Zawsze byłem traktowany poważnie, co pomagało mi przesuwać dalej moje biegowe rezultaty.

Byłem w wielu miejscach na świecie, przebiegłem kilkanaście zagranicznych biegów, ale to POZNAŃ ma miejsce numer jeden na mojej biegowej mapie świata. W niedzielę jak wielu z Was (zawodników i kibiców) miałem swoje biegowe święto. W tym roku i ja zostawiłem swój ślad na poznańskiej trasie.

Zacięcie walczyłem o każdy metr, o każdą sekundę. Mimo, że wynik nie jest wybitnie wyśrubowany, szczerze mówię, że dałem z siebie maxa.

Dziękuję Krzysztofowi Kammerowi  za ogromne wsparcie podczas tej walki. Dawno nikt na mnie tak nie wrzeszczał 🙂

Dziękuję fantastycznej ekipie: Michał Sawiński i Łukasz Babst za udokumentowane mojego biegu (więcej nie zdradzam, czekajcie na finał). Szczere dzięki dla Was za opiekę na trasie.

W tym biegu wydawało mi się, że metę przekroczyłem dwa razy. Pierwszy raz na 19-tym kilometrze bo strefa kibica PRO366 dodawała mi skrzydeł. Pchała do przodu i unosiła nad ziemią. Czułem to nie tylko ja, ale i cały Poznań.

Szczególne podziękowania należą się Dyrektorowi 11. PKO POZNAŃ PÓŁMARATON Panu Łukaszowi Miadziołko za zainteresowanie i zaproszenie mnie w szeregi elity.

Przed startem nie mówiłem głośno jaki wynik planuję uzyskać. Byłem zainteresowany czasem 1:09-1:10. Zabrakło niewiele, ukończyłem bieg z czasem 1:11:12, co dało mi 9-te miejsce open oraz tytuł najszybszego Poznaniaka. Udział w tym półmaratonie był prawdziwą samotnością długodystansowca. Od początku do mety ścigałem się głównie z samym sobą, ale nawet przez chwilę nie zwątpiłem we własne możliwości.

Największą nagrodą za każdy poświęcony czas na trening jest dla mnie możliwość poczucia tej atmosfery. Jestem pewien, że dla mnie to dopiero początek. Dziękuję trenerowi Sebastianowi Papudze za odpowiednie pokierowanie i za odwagę, którą skutecznie we mnie zaszczepia.

Pięknie dziękuję kibicom. To szalenie miłe słyszeć jak zdzieracie gardła.

Spokojnie, nie zamierzam spocząć na laurach. Mam ochotę i ambicję na więcej.

Od poniedziałku wróciłem do dalszej pracy: 10 km rozbiegania ( 4:40 / 124 ); wtorek bieg-siłownia-bieg; środa BC1: 17 km; czwartek 10 km (3:20-3:25).

W najbliższym czasie czeka mnie kilka wyjazdów. Dziś pojawię się w stolicy, a w weekend pod okiem trenera będę pracował nad szybkością w Szklarskiej Porębie.

W przyszłym tygodniu zaczynam pracę w miejscu, gdzie słowo trening nabiera zupełnie innego wymiaru. Oczywiście wkrótce Wam powiem gdzie i z kim 🙂

Fot. Piotr Oleszak

Co z tym Dubajem..?

Projekt, a w zasadzie namiastka informacji o nim samym dotarła już do Waszej wiadomości.
Poznaliście jego główny cel- na poczatku kolejnego roku wystartuję w maratonie w Dubaju. Wydawać by się mogło, że to bardzo odległy termin. Nic bardziej mylnego. W perspektywie przygotowań oraz całej maratońskiej pracy czasu jest wystarczająco dużo, ale tylko w przypadku, kiedy wszystko będzie szło zgodnie ze wszystkimi założeniami. Zanim opowiem co wiąże się z tymi przygotowaniami, kilka słów o tzw. zapleczu. Wszystko to, co widzicie teraz w sieci (a zapewniam, że to jeszcze nie koniec) jest zasługą dobrych serc, które mimo natłoku własnych: prywatnych czy służbowych obowiązków, znalazły czas by wesprzeć mnie w całym przedsięwzięciu. Lista tych osób jest coraz dłuższa i ku mojemu zaskoczeniu rośnie w ogromnym tempie. Każda z tych osób przyczyniła się do tego bym mógł poczuć jak smakuje walka na królewskim dystansie. Mam ten komfort, że projket posiada Managera, dzięki czemu moja uwaga może być i jest skupiona głównie na treningu. Moje interesy reprezentuje Katarzyna Gramczewska i to dzięki niej #ProjektDubaj2019 ujrzał światło dzienne. Jej pomoc na każdym szczeblu, nawet na tym zupełnie prywatnym, będzie mi kiedyś ciężko odpracować. By spokojnie budować właściwą formę- na ten jeden, jedyny dzień potrzebne jest zaplecze finansowe. To z pewnością największe wyzwanie. By temu sprostać postanowiliśmy przygotować profesjonalne materiały, w tym portfolio, które ułatwi nam rozmowy z przyszłymi sponsorami. Portfolio wykonała Paulina Sobik, a zdjęcia Maria Zubowicz. Jako, że jesteśmy otwarci na wszelką współpracę, nie tylko w naszym kraju, przygotowaliśmy się na rozmowy z firmami mającymi swoje siedziby również za granicą. Materiały, które stworzyliśmy zostały przełożone na języki niemiecki oraz angielski. Wielkie podziękowania za to dla naszej maratonki Zosi Wawrzyniak oraz Agaty Śmidowicz – Puziak.   Pieniądze nie leżą jednak na ulicy, ale w sztabie #kezniteam są też takie osoby jak Krzysztof Kammer, dla których nie ma rzeczy niemożliwych. Pierwsze środki, które udało się zebrać to też jego zasługa. Jak widziecie mam szczęście do otaczających mnie ludzi. A to, że robią to zupełnie bezinteresownie świadczy o tym, że jestem dla nich człowiekiem, a nie sposobem na biznes. Mam nadzieję, że za kilka miesięcy będę mógł Wam podziękować wynikiem,a na pewno walką jaką zamierzam stoczyć. O współpracy jaką nawiążę w kojenych etapach nie zapomnę Wam wspomnieć. Możecie być pewni, że będzie ciekawie!

Cześć! Mam na imię Marcin.

Pierwszy wpis na stronę / bloga to dla mnie zupełnie coś nowego.

Przyznam się szczerze, że do tej pory bardzo nieregularnie i zdawkowo opowiadałem Wam o swoich treningach, startach i moim sportowym życiu. Przyczyna tego jest prosta. Brak czasu i trochę umiejętności, tak by odpowiednio przekazać to co w danej chwili się u mnie dzieje.

Sport wypełnia mój cały wolny czas. Jeśli mam go odrobinę więcej, wykorzystuję to na zwiększenie objętości treningowych. Możliwość posiadania wolnego czasu to w moim przypadku duży luksus.
To jego obecnie brakuje mi najbardziej, by skupić się na tym do czego dążę już od kilku ładnych lat.
Całe życie podziwiałem ludzi odważnych. Tych, których stać na podejmowanie ryzykownych decyzji. I nie ważne, że czasami nie były one trafne. Liczy się próba. Ja do nich nie należę. A właściwe nie należałem.
Zacząłem biegać dość późno. Więc w sumie szanse na wielkie wyniki z góry nie były w moim zasięgu. Z boku wygląda to jak pogoń za marzeniami, które przecież ma każdy. One pomagają nam trawić brutalną rzeczywistość i przenosić chwilami w inny świat. Z reguły nigdy się nie spełniają, ale sama myśl o nich już dużo nam daje. Od kilku miesięcy w mojej głowie kiełkował pomysł zrobienia dla siebie czegoś więcej. Dla mnie osobiście bieganie nie jest odskocznią od codziennych problemów, zgiełku i psychicznego wypalenia. Jest dla mnie jak powietrze.

Nie ma chwili bym nie myślał co mogę jeszcze poprawić, co udoskonalić by stać się lepszym od siebie samego. By oddać się temu co się chce i lubi robić potrzebny jest czas. Wolny czas, by to właśnie robić spokojnie i regularnie. Ilu zawodników w naszym kraju można uznać za takich szczęściarzy? Szost, Giżynski, Gardzielewski, Kozłowski ? To wielkie nazwiska i wielkie wyniki.

Opowiem Wam historie o chłopaku, który chce spróbować wykorzystać czas i możliwości by osiągnąć sportowy wynik. O ludziach, którzy we mnie uwierzyli chwilami bardziej niż ja sam. O tym jak wygląda życie sportowca amatora, który wchodzi w świat teoretycznie zarezerwowany dla elitarnej jednostki. O projekcie, który mógłbym zatytułować ,, projekt życie ‘’ O przemianie i profesjonalnym treningu. O wszystkim tym co uznam, za bardziej lub mniej ważne.
Na początku opowiem czym jest projekt, kto go tworzy i jak powstawał.