BODYWORK

Trening to nic innego jak doskonalenie własnych umiejętności i dążenie do perfekcji.

Każda dyscyplina niesie za sobą pokłosie nabywania tych właśnie umiejętności.
Kontuzje, przeciążenia i wypalenie psychiczne. To druga strona medalu w drodze po sukces.
Sukces, którego niejednokrotnie  miarą jest sportowy wynik.
W drodze do maratonu zawodnik pokonuje tysiące kilometrów, tysiące tych samych ruchów, niezliczoną ilość błędów. Złe nawyki, przeciążenia czyli kumulacja napięć powoduje, że mimo iż stajemy się szybsi to równocześnie stajemy się mniej sprawni.
Nasze ciało zaczyna się bronić, jest mniej wydajne, nie odpowiada na komendy, które zadaje mu mózg. Okres regeneracji się wydłuża kosztem przystąpienia do kolejnego treningu.
Wystarczy stanąć na trasie dowolnego ulicznego biegu, dystans nie ma znaczenia i przyjrzeć się jak nieefektywnie i ( przepraszam za określenie ) pokracznie docierają za linię mety zawodnicy / amatorzy.
Mówi się, że sport to zdrowie – bywa że zdrowie utracone.
Ja w swoich przygotowaniach szukałem wielu dróg. Dróg, które nie tylko pozwolą mi sięgnąć po upragnione wyniki ale także tych które dadzą mi możliwość efektywniejszego treningu.
Współpraca z BODYWORK,  początkowo była dla mnie jak spacer po rozpalonych węglach. Z pozoru  łatwe i banalne ćwiczenia były dla mnie ogromnym wyzwaniem. Wiedziałem, że mam braki ale nie zdawałem sobie sprawy, że aż tak duże. Pamiętam kiedy Paweł Szorstki wykonał mi testy. Byłem przerażony i zawstydzony.  Początkowe treningi obnażały to tak bardzo, że zacząłem się zastanawiać czy kiedyś będzie lepiej.
Jako dziecko przecież nauczyłem się chodzić, potem biegać. Wydawało mi się że jestem rozwinięty i sprawniejszy. W BODYWORK spędziłem kilkadziesiąt godzin.
Kuba Gdulaj, który odpowiada za moje przygotowania pod kątem motorycznym skrupulatnie przemycał mi poszczególne elementy, wzorce ruchu, które zatraciłem w życiu dorosłego człowieka.
Każde kolejne spotkania wyjawiały moje niedoskonałości.
Dzięki uwagą Kuby zacząłem podchodzić do wielu zadań zupełnie inaczej.
Nagle to co wcześniej nie miało dla mnie większego znaczenia okazało się być czymś co traktowałem jako rezerwę i przepustkę do szybszego biegania. 
Do poprawy było mnóstwo rzeczy. Od siły zaczynając.
Jestem szczupły – przy wzroście 183 cm ważę 67 kg.  No i oprócz tego że jestem szczupły to słaby. Musiałem stać się silny.
Drugą istotną dla mnie sprawą był krok. Był niski, kontakt z podłożem był długi. Miałem, wrażenie że biegnąc ,,siedzę’’ nisko na udach. Czułem tego skutki na wielu biegach. Cały impet przy lądowaniu przyjmowałem na słabe mięśnie dwugłowe uda.
Praca rąk, koordynacja, permanentne napięcie w tylej taśmie,  udowe zginacze stawu kolanowego, małe zakresy ruchu w stopie, brak skoczności, mała elastyczność, duże usztywnienie … cała lista rzeczy do poprawy.
Początkowo uczyłem się poprawnego ruchu przy wykonywaniu poszczególnych zadań. Kuba odpowiednio zaplanował cały cykl.
Czułem, że mogę skupić się na każdym ćwiczeniu. Dzięki temu, że nie zostałem zarzucony wieloma elementami sukcesywnie przesuwałem się do przodu. Robiłem postępy i wykorzystywałem je w trakcie biegu.
Trening siłowy transferował się w szybkość.  Negatywne skutki maratońskiego dystansu przestały być uciążliwe.
Wciąż się uczę, wciąż odkrywam nowe możliwości. Dużo poprawiłem. Do doskonałości jeszcze daleka droga.
Zrobiłem milowy krok, nauczyłem się korzystać z ciała w odpowiedni sposób. Jestem silniejszy, wydajniejszy i bardziej świadomy.

Od czego zacząć ?

Ten wpis powinienem zacząć od relacji Mistrzostw Świata w Londynie które odbyły się ponad dwa miesiące temu. Pełniłem tam rolę drugoplanową i zasadzie byłem tylko tłem rywalizacji jaką stoczył Marcin, dlatego odsyłam do jego relacji. http://marcingrabinski.pl/london-marathon/
Co u mnie ?

Zacząłem przygotowania do jesiennego maratonu. Będą długie i jednocześnie dokładne. Jak zawsze. 4 miesiące to szmat czasu. Dużo można zrobić i tyle samo można zepsuć. Jest na pewno kilka istotnych kwestii od których warto zacząć każde przygotowania traktując to co robimy dość poważnie i chcąc trenować właściwe.
Wujkiem ,, dobra rada ” na pewno nie chce być dlatego powiem jak wygląda u mnie taki okres przygotowań.
Od czego zaczynam i na co zwracam uwagę?

Przede wszystkim kończąc zawody na dystansie maratońskim okres przygotowawczy zaczynam od porządnego wypoczynku. Dwa tygodnie nie robię zupełnie nic. Nic !
To czas gdzie organizm dostaje nagrodę w postaci odpoczynku za trud który włożył w przygotowania, a głowa ma czas zatęsknić za tym co trudne i czasochłonne. Dla mnie te dwa tygodnie są też momentem gdzie mam czas na podjęcie decyzji do czego teraz będę się przygotowywał. Odpowiednio zaplanowana polityka startowa jest kluczowa do przeprowadzenia całego okresu przygotowawczego.

Po krótkim wprowadzeniu w rytm treningowy i usystematyzowaniu się na nowo dobrze jest sprawdzić gdzie obecnie się jest.
Aby odpowiednio zacząć cały etap przygotowań i niczego nie robić na skróty należy zacząć od badań wydolnościowych.
One pozwolą nam iść właściwą drogą i są kierunkowskazem w planowaniu treningu.

fot: Martyna Zgierska

Dalej pozostaje już tylko trenować. Ale jak ? Jeśli wiemy po co to powinniśmy też wiedzieć jak. Dla mniej doświadczonych osób zawsze najlepszym rozwiązaniem będzie oddanie się w ręce kogoś kto się na tym zna i ma doświadczenie. Oczywiście polecam http://mistrzowski-trening.pl/
Ja idę tzw ,, klasykiem” czyli na początku budowanie ogólnej wytrzymałości, spora ilość wybiegań, zdecydowanie dużo ćwiczeń ogólnych nie tylko siłowej ale też sprawności i gibkości. W późniejszym etapie dochodzi siła biegowa. Ta tradycyjna w formie podbiegów skipów na wzniesienie a także siłownia ( BODY WORK ) , ćwiczenia na płotkach oraz wiele innych elementów kształtujących właśnie siłę każdego zawodnika.

fot: Andrzej Olszanowski

Kalendarz startów należy zawsze dostosować do tego, który ja nazywam finałem sezonu. Nawet jeśli w drodze przygotowań wpadnie nam do głowy spontaniczny start dobrze jest postawić sobie pytanie co dany start ma nam dać? Czy będzie niósł za sobą korzyści czy wręcz odwrotnie. W związku z tym że moje przygotowania są dość długie staram się aby w tym okresie znaleźć schemat żywieniowy, z którego skorzystam w trakcie ostatniej prostej przed docelowym biegiem. Testuje żele, posiłki, napoje. Zawsze to lepiej popsuć trening niż całe zawody. Dlatego na bieżąco kontroluje co mi służy a co nie. W późniejszym etapie już tylko z tego wypracowanego schematu korzystam.


fot: Martyna Zgierska

Na pewno jeśli cel, który sobie postanowiliśmy jest odległy, ważna jest cierpliwość. Nie każdy potrafi sobie z tym poradzić. Dla mnie zawsze takim momentem upustu emocji są zawody. Te, których nie planujemy noszą za sobą zarówno te dobre i jak i te złe strony dlatego rozważnie dobieram okres w jakim mają się odbyć a także dystans.
Jak zauważyliście nie startuje zbyt często. Mam taką zasadę, że do zawodów trzeba być gotów i jeśli uznaje że j na dany moment nie jestem gotów to skupiam się na tylko na treningu.
Okres letni jest dla mnie idealny do trenowania. Lubię ciepło i dobrze adoptuje się do wysokich temperatur. Dzień też jest długi więc wybór pory dnia do wykonania treningu jest różny.
Lipiec i sierpień będzie bogaty w wyjazdy. Szklarska Poręba, Bydgoszcz, Zakopane, Warszawa – wszystko związane z bieganiem. Maraton to dystans, który jest piekielnie trudny. Nieprzewidywalny. Dla mnie tym bardziej trudny bo trasa maratonu w Nowym Jorku do łatwych nie należy. Plus jest taki, że miałem okazję ją poznać, dlatego wiem jak się do tego biegu odpowiednio przygotować. Cieszę się, że wraz z postępującą formą utrzymuje nienaganne zdrowie a dzięki pomocy Fizjoterapii Biegacza również i higienę całego aparatu ruchu.

Mistrzostwa Świata

Fot: Piotr Oleszak

Z moją formą ostatnio nie jest najlepiej. Biega mi się dobrze, ale nic z tego nie wynika a przynajmniej nie to co powinno za tym iść czyli WYNIKI.

Na pewno okres w którym obecnie się znajduje tego nie ułatwia bo muszę ,,dzielić” się trochę formą i rozpraszać na więcej frontów, co jest trudne do pogodzenia z uzyskiwaniem własnych wyników i wysokiej formy. Moja jest stabilna co w kontekście wyjazdu do Londynu na Mistrzostwa Świata w Maratonie na pewno jest bardzo dobrym znakiem. Wolałbym jednak napisać, że jest życiowa a przynajmniej bliska czegoś z czego mógłbym być zadowolony. A tak nie jest.
Na pewno na zadowalającym poziomie jest u mnie z wytrzymałością.
Trenowałem ostrożnie a ostrożnie oznacza że NIE biegałem szybko. Maniacka Dziesiątka wynik 00:33:01, następnie 7 marca prowadziłem jako pacemaker na maratonie w Łodzi 32 km ( 3:38 min/km / HR 152 ) po którym złapałem infekcję gardła. Przez kilka dni utrzymywała się u mnie wysoka temperatura. Głupotą był start w tym stanie w Półmaratonie w Poznaniu, który zakończyłem kiepskim rezultatem 01:13:33. Myślę, że w zdrowiu i tak sporo szybciej bym nie ,,nabiegał” Wszystkie te biegi to raczej prędkości maratońskie niż wielkie ściganie.
Zdecydowanie najlepszą pracę pod kątem treningu ogólnego jaką dotychczas wykonałem w BODY WORK pod okiem Jakub Gdula zaprocentuje w dalszej części sezonu. Tego jestem pewien. Kolejny wpis będzie właśnie o mojej pracy w BW.
Z pozytywnych spraw na uwagę zasługuje fakt, że omijają mnie kontuzje co z pewnością jest zasługą tej właśnie współpracy. Gorzej jest jeśli chodzi o szybkość. Tutaj jestem zdecydowanie najsłabszy od kilku sezonów.
Za niespełna dwa dni start w Londynie. To będzie dla mnie wielkie wydarzenie. Podwójna odpowiedzialność bo moją rolą jest pomoc a nie sprostanie własnym ambicją a co za tym idzie nie ma tutaj czasu na słabości. Muszę poprowadzić rozsądnie i utrzymać komfort, trzeźwość i bojowe nastawienie do samego końca. W końcu mam być wsparciem. Już dziś mogę powiedzieć, że celem jest bieg poniżej 2:48. Zdecydowanie bardzo motywujące jest to że będzie to pierwszy start na dużej imprezie w barwach Naszego Kraju.
Reprezentowanie własnego kraju na arenie międzynarodowej to dla mnie ogromnie ważna sprawa i powód do wielkiej dumy !

Mimo, iż ten bieg dopiero przede mną już od jakiegoś czasu staram się myśleć co będzie dalej. Po powrocie z pewnością będę chciał odpocząć i wyjechać na krótki urlop. To będzie czas tylko dla mnie.
Chcę też skupić się już na analizie ostatniego okresu a także dalszego sezonu. Ważnym będzie opracowanie polityki startów. Chce to zrobić dokładnie, wstępnie już wiem co to będzie.
Ciężko mi pisać o pozytywach, bo czuje, że zawiodłem sam siebie. Trzeba sobie to powiedzieć szczerze, nie jest to dla mnie wymarzony początek roku. Miałem wobec siebie większe oczekiwania.
Chciałem też w 100 % zaangażować się w pomoc w przygotowaniach do największej imprezy półrocza Marcina Grabińskiego, ale z powodów materialnych i baraku sponsora Nasze wspólne treningi były bardzo incydentalne. Nie ukrywam, że strasznie mi to ciąży. Wiem, że nie jest to za wesoły wpis ale i takie chwile są częścią sportowego życia.
Z punktu widzenia startu, który czeka naszą dwójkę jestem jednak prze szczęśliwy że będę świadkiem wielkiej walki o sportowe marzenia. Mam nadzieje, że moje wsparcie będzie dla Marcin Grabiński Biegnę, bo nie widzę przeszkód jak dodatkowe płuca.

Koniec i początek

Przygotowując się do zawodów na początku zawsze ustalam sobie cel i priorytet danego biegu. W tym roku takim ważnym startem był dla mnie maraton w Dubaju.

Nie wyszedł więc celem stała się Sevilla.

Dużo myślałem o tym biegu. Analizowałem, kalkulowałem i trochę chyba rozpamiętywałem. A i tak chyba nie ma czego. Większość z Was wie, że moim celem był wynik w okolicach 2:26.

Zakończyłem z rezultatem 2:34 czyli mocno odbiegającym od zaplanowanego.

Pierwsze kilometry pokazały mi, że będę musiał zmagać się z dystansem sam. Grupa Kenijek z którymi ruszyłem od początku okazała się tak nieregularna w trzymaniu odpowiedniego tempa więc postanowiłem, że będę się starał biec swoim, równym tempem, nawet jeśli ceną za to miała być walka w pojedynkę. Mijając ,,połówkę” z czasem 01:15:11 wiedziałem, że jest dobrze. Czułem się świetnie. Luźny, swobodnym krok uświadamiał mnie w przekonaniu, że jestem dobrze przygotowany. Miałem ochotę na więcej. Kontrolowałem każdy poszczególny kilometr. Pełni świadomy, że nie do końca będzie tak fajnie. Kilometry po 36 km pokazały mi, że forma to nie wazonik, który możesz przestawić z miejsca na miejsce. Jej szczyt powinienem był wykorzystać w Emiratach. Zaczynało brakować mi energii.

Nie będę rozpisywał się o tym jaką walkę stoczyłem, bo nic takiego nie miało miejsca. Biegłem już wolnej a braki energetyczne z jakimi się zmagałem nie pozwoliły mi na więcej. Za sprawą dwóch osób, które przyczyniły się do tego, iż te wielomiesięczne przygotowania były wyjątkowe i utrzymane w pełni zdrowia –Krzysztofa Śmichurskiego (fizjoterapia biegacza) oraz Kuby Gdulaja (Body Work)– był to maraton, który fizycznie wyrządził mi najmniej ,,szkód” niż dotychczasowe.

Po Dubaju łudziłem się, że utrzymam formę. Treningi jakie po nim wykonałem już tylko podtrzymywały we mnie dobrą dyspozycję. W Hiszpanii natomiast korzystałem już tylko z jej resztek. Jestem zadowolony. Z samych przygotowań zwłaszcza. To była fajna droga. Wielka szkoła i dużo ciężkiej pracy.

Bardzo dziękuje również Krzysztofowi Kammerowi za pomoc na trasie. Dziękuje, bo jego niedyspozycja i brak możliwości startu pozwoliły mi czuć się na trasie zaopiekowany i spokojny na punktach odżywczych.

Po maratonie dużo wypoczywałem. Fizycznie i psychicznie zwłaszcza . W pierwszym tygodniu byłem raptem dwa razy na treningu 8 km i 10 km. W kolejnym spędziłem czas w Centrum Przygotowania Olimpijskiego w Wałczu. Wspólnie z trenerem Sebastianem Papugą, opiekując się grupą fantastycznych ludzi, którzy szykują się do startów w sezonie wiosennym, spędziłem super czas. Odpoczywałem od treningów i oglądałem je z boku.

Kolejny tydzień to już wprowadzenie się w trening za którym zaczynałem powoli tęsknić. Poniedziałek rozpocząłem od wizyty w Body Work.

Wtorek pobiegłem delikatny II zakres intensywności w terenie leśnym ( 10 km – 3:36 min/km), w środę siłę biegową w formie podbiegów, kolejne dwa dni luźnej pracy tlenowej 12 i 10 km. W sobotę wystartowałem w ostatnim już w tym sezonie biegu City Trail. Nie był to specjalnie szybki bieg 00:16:20. Dołożyłem jeszcze 6 x 1 km (3:16) a tydzień zakończyłem luźnym rozbieganiem w towarzystwie Marcina Grabińskiego. Ten tydzień będzie podobny jeśli chodzi o charakter oraz intensywność treningu. W niedziele przetrę się jeszcze na ,,Maniackiej”

W planie jest odważny bieg do 8 km z nadzieją na przetrwanie ostatnich dwóch.

Celem jest jeszcze półmaraton w Poznaniu. Na nim teraz skupiam swoją uwagę. Chciałbym wrócić do szybkiego biegania.

Od miesiąca jestem licencjonowanym przewodnikiem. 28 kwietnia razem z Marcinem Grabińskim wystartujemy jako Polska Reprezentacja w maratonie w Londynie. Będziemy tam walczyć nie tylko o dobry wynik czy pozycje medalową w kategorii osób niewidomych, ale także o klasyfikacje do Tokio 2020. Ja osobiście mam już również potwierdzony start w maratonie, który odbędzie się jesienią.

MARATON


fot. Piotr Oleszak.

To nie będzie długi wpis. Przynajmniej nie teraz.

Przede mną start w maratonie, w niedziele podejmę kolejną próbę zmierzenia się z maratonem. Tym razem  w Sevilli.
Mam nadzieję, że to co miało wydarzyć się w Dubaju wydarzy się teraz.
To był dla mnie trudny czas, porażki nie są łatwe. Nigdy takie nie będą. Trzeba tylko nauczyć się je odpowiednio wykorzystywać.
To trudny czas także pod kątem treningowym. Łatwo popełnić błąd.
Mój obecny trening miał głównie na celu utrzymanie tego co udało się już wypracować. Nie był bogaty w objętość. Kilka biegów ciągłych na odcinkach 8-12 km ( 3:28-3;32)
Oraz ,,tysiączki” na prędkościach ponad startowych ( 3:08-3:15 ). Dużo biegania o niskiej intensywności. Gimnastyka oraz szybsze 200 – tki (31-33 sek ).
W dużym skrócie nic szczególnie wymagającego.
Dodatkowo zajęcia w Body Work i trening sprawności ogólnej. Na zakończenie wizyta w Fizjoterapia Biegacza oczywiście w celu sprawdzania ogólnego stanu technicznego.
Zleciało szybko.
Myślę, że ostatnie dni pozwoliły mi utrzymać dobrą dyspozycje i właściwe nastawienie, którego nie brakowało mi również w Emiratach.
Każdy trzymany kciuk to plus tysiąc do szybkości a zwłaszcza do wytrzymałości.
Maraton to 37 km przygotowania do ostatnich 5.

FINAŁ

Moja rozłąka z maratonem trwa już jakiś czas… powinienem powiedzieć trwała.
Ten ostatni wspominam bardzo dobrze. Cieszę się, że ukończyłem go rekordem życiowym, który do dziś wynosi 02:28:36 . Długo na niego pracowałem. Cieszyłem się podwójnie bo z uwagi na moją pracę niczego nie byłem pewny. Treningi wykonywałem bardzo nie regularnie, czasami na dużym zmęczeniu. Do dziś się zastanawiam jak ja wtedy potrafiłem realizować trening spędzając w pracy po 14 h. Dotrwałem jednak bez kontuzji, w bardzo dobrej dyspozycji.
Potem było już gorzej. Pobyt w szpitalu miał być początkiem nowego życia i końcem przygody z bieganiem. Sufit, którego zaczynałem dotykać nagle spadł mi na głowę.
Dałem sobie czas i cierpliwie krok po kroku próbowałem wrócić. Próbowałem i wróciłem.
Uznałem, że aby iść dalej muszę się cofnąć. Zacząłem od początku. Zmieniłem podejście, nastawienie, pracę, otoczenie i środowisko. Chciałem znów być szybki. Zacząłem obiecująco. Lwów półmaraton 01:13:18, wygrana w biegu Sylwestrowym w Poznaniu, Półmaraton w Neapolu 01:12:20, kilka dobrych wyścigów na City Trail, Maniacka Dziesiątka w czasie 32:35.Poznań Półmaraton 1:11:12 Do pełni szczęścia brakowało jednak życiówki. Było przynajmniej światełko w tunelu i z tego należało na pewno się cieszyć. Później długie dystanse zeszły na drugi plan. Pozyskałem nowego partnera sprzętowego. AdRunaLinie dba o to bym na każdym treningu, zawodach a nawet życiu codziennym czuł się komfortowo, wygodnie i aby niczego mi nie brakowało.

Zaprzyjaźniłem się z bieżnią. To etap, który pominąłem wcześniej zaczynając biegać.
Ulica wciąż mnie interesowała ale nie chciałem na razie do niej wracać. Miałem czas i byłem cierpliwy czekając na swoją kolej. To bieżnia pokazała mi co oznacza ciężki i wszechstronny trening. Pozwoliła mi spojrzeć na wszystko inaczej. Udowodniła czym jest piękno sportu.
Młodzież ,,lała’’ mnie często ale nie zawsze  był jednak stały progres, więc i duża radość.
To pokazywało też, że kierunek jaki wraz z trenerem wybrałem był właściwy.
Wychodziłem na prostą i wciąż tęskniłem za maratonem. Czekałem na niego. Czasami jednak jest tak że jak coś idzie dobrze to człowiek staje się mniej czujny a może i nawet trochę chciwy. To spotkało i mnie. Nie ustrzegłem się od błędów. Zazwyczaj w początkowym okresie letnim luzowałem już trening. Później wprowadzenie, obóz i konkretna robota pod jesienne starty. Tym razem byłem na fali wznoszącej i połasiłem się o start. Prosiłem się o sportowego ,,guza‘’ Mistrzostwa Polski w Gdańsku. Dycha w środku lata, w samo południe przy blisko trzydziestostopniowym upale zakończyła się słabym rezultatem. Dodatkowo dużo mnie kosztowała. Zbyt dużo jak na takie, trzeba powiedzieć, słabe bieganie. Sportowa ambicja nie dawała mi spokoju. Chciałem sobie odbić. Półmaraton Praski miał być ukojeniem dla głowy i nagrodą za cały wcześniejszy trud. Kolejna porażka. Tym razem infekcja pokarmowa. Nie ukończyłem biegu. Czułem się podle. Zawiodłem głownie siebie. Prawda jest taka że oba te starty zupełnie nie były mi wtedy potrzebne.
Wreszcie uznałem, że chcę już podjąć decyzję o wzięciu udziału w maratonie. Dałem sobie jednak czas by nie spieszyć się z przygotowaniami. Miałem go dużo i zamierzałem to wykorzystać.

Na początku klasyczne wprowadzenie. Dużo pracy tlenowej, ćwiczeń ogólnych, oraz sprawności. Następnie powolne zwiększanie objętości. Miałem za sobą obóz w Zakopanym. Następnie dwa udane tygodnie w Szklarskiej Porębie. Wszystko się udawało choć lekko nie było. Czułem, że nabrałem mnóstwo pozytywnego nastawienia i zamierzałem to wykorzystać w dalszej części przygotowań.
Maraton darzę szczególnym respektem. Wiele razy obnażał moje słabe strony. Ten miał być szczególny. Takie też musiały być przygotowania. Nawiązałem współpracę z Body Work.
opieką  nade mną podjął się Kuba. Wprawne oko i dobre wyczucie Kuby zaoszczędziło nam wiele czasu. Ruszyliśmy z pracą nad moimi słabymi stronami praktycznie od razu.
To była dla mnie nowa praca. Bałem się, że czas w jakim organizm przyswoi nowe bodźce będzie długi przez co będzie to odbijało się na treningu biegowym.
Wspólnie staraliśmy się dopasować. Gdulaj 🙂 wiedział, że trening biegowy jest istotny i nie zamierzał w niego ingerować, wręcz przeciwnie. Dopasowaliśmy zajęcia do moich potrzeb i możliwości. To przekładało się w pozytywny sposób na treningi o charakterze szybkościowym i siłowym. Transfer tych ćwiczeń (siłowych, koordynacyjnych) był właściwy i przynosił efekty.
W listopadzie planowałem pojechać na obóz klimatyczny. Portugalia, Hiszpania… bez znaczenia gdzie. Ważne, żeby były optymalne warunki i klimat zbliżony do tego w którym miał odbyć się maraton.

 

Po raz kolejny przekonałem się że możliwość korzystania z takich wyjazdów zarezerwowana jest dla zawodowców. Ja do nich nie należę. Brak czasu i środków. Przyjmuje jednak wszystko w pozytywny sposób starając się jakoś załatać tę dziurę. Musiałem jeszcze pogodzić swoje treningi z opieką nad Marcinem Grabińskim na którą zdecydowałem się w tym roku. Mieliśmy za sobą dwa fajne biegi. Biegnij Warszawo oraz Półmaraton w Krakowie. Dla Marcina dobre przetarcia a dla mnie jako przewodnika, środek treningowy. W Listopadzie pobiegliśmy wspaniały maraton w Nowym Jorku. Bardzo się ucieszyłem, że miałem swój mały wkład w nowy rekord życiowy Marcina. Wiedziałem ile to dla niego znaczy i ile kosztowały go całe przygotowania. Przypomniałem sobie też jak to jest biegać Maraton. Co się z nim wiąże i na co trzeba zwrócić uwagę. Chyba najbardziej cieszyłem się z nowych przyjaźni i w odzyskanie wiary w dobrych ludzi, którzy w trudnej sytuacji jakiej się tam znaleźliśmy, wzięli nas pod swój dach. Łukasz, Magda, Artur Dziękuje jeszcze raz !

Szybko wróciłem do siebie, choć mimo wszystko czułem w nogach trud zmagań z wymagającą trasą maratonu nowojorskiego.
Treningi wychodziły mi dobrze. Wszystko szło jak po sznurku. Zdrowie dopisywało, Ewelina (dobry Dietetyk) dbała o moje właściwie wyżywienie i suplementację, za co serdecznie dziękuję. Zima w Polsce nie należy do wybitnie surowych i skrajnych. Przynajmniej w Wielkopolsce. Dzień jest natomiast bardzo krótki. Starając się godzić to z pracą tylko weekendy i rzadko kiedy w tygodniu realizowałem trening za dnia. Plus był taki, że często były to dwie jednostki.
Wszystkie tzw Long Run-y zakończyłem naprawdę udanie. Każdy w zadowalającym tempie. W zasadzie jak teraz analizuje dzienniczek to żadna z trzydziestek nie była ,,przeczłapana’’ Wszystkie, a było ich 4 w tempie 3:36 – 3:45. Zamiast obozu 6 tygodni spędziłem w warunkach sztucznej hipoksji, 6 tygodni w namiocie nie jest niczym łatwym, a po pewnym czasie też przyjemnym. Zaczynając od 1500 a kończąc na 2800 m.n.p.m
Dotkliwe były pierwsze dwa tygodnie. Częstotliwość skurczy serca na samych rozbieganiach wzrosła o około 7-10 odbić na minutę. O dziwo najtrudniej biegało mi się najłatwiejsze treningi. Te wymagające zaś wychodziły znacznie lepiej niż kiedykolwiek. W późniejszym etapie poprawiły się też wyniki krwi, które regularnie co 6 tygodni kontroluję. Te przygotowania były też szczególne biorąc pod uwagę, że dzień startu w maratonie w Dubaju wyznaczono na piątek.

Spotykam się z wieloma osobami. W pracy, na wspólnych treningach PRO366 z zawodnikami i to od nich głównie słyszę, że wyczuwają we mnie optymizm i pewność siebie.
Wyjaśnię.
To co sobie zaplanowałem zrobiłem bez najmniejszego zawahania. Miałem pewną wizję na te przygotowania i udało się ją zrealizować. Dzięki stałej opiece Krzysztofa z Fizjoterapii Biegacza fizycznie czuję się świetnie. Jestem zmotywowany, gotowy na walkę i strasznie się boję. Nie wiem co czeka mnie w trakcie biegu, Wiem jednak po co jadę i że zostawię tam całe swoje serce a jak będzie trzeba to i zdrowie.
Przygotowaniom poświęciłem cały swój wolny czas. Nie tylko swój. Widzę że trener też po swojemu przeżywa te ostatnie chwile. Zależy mu bo napracował się bym dziś właśnie w takim nastawieniu mógł po raz kolejny zmierzyć się z tym piekielnie ciężkim i jednocześnie wspaniałym dystansem. Wszystkim osobą, które w najmniejszym stopniu przyczyniły się bym mógł w piątek 25 stycznia o godzinie 10:00 polskiego czasu stanąć na linii startu maratonu w Dubaju DZIĘKUJĘ! Każda z tych osób na swój sposób doprowadziła mnie na ten bieg. Reszta zadania należy do mnie !

26 dni…


fot: Andrzej Olszanowski

Lubię trenować, nawet jeśli trzeba trenować ciężko. Nigdy nie bałem się ciężkiej pracy, nie unikałem jej bo uznałem ją za ważną i cenną.

Każdy maraton jest inny i przygotowania do niego też, dużo czynników ma na nie wpływ, czas, zaangażowanie, świadomość, możliwości, predyspozycje i wiara w to co się robi i to co chce się wypracować. W

swoim życiu przebiegłem już kilkanaście maratonów. Każdy z nich to oddzielny temat na wpis. Każdy był szczególny i z każdego wyciągnąłem wnioski. Pewnie każdy następny nie uchroni mnie przed popełnianiem błędów, ale zdecydowanie je zminimalizuje. Mówi się, że ten dystans ich nie wybacza. Myślę, że nie wybacza drogi na skróty. Ja z maratonem rozstałem się na ponad dwa lata. 26 kwietnia 2016 roku zmierzyłem się z nim ostatni raz. Kolejny zaplanowałem na ten sam rok. Miał odbyć się w Maladze. Ciało odmówiło współpracy. Podejrzenie: stwardnienie rozsiane – taką diagnozę przekazał mi lekarz prowadzący. Finalnie borelioza. Maraton został odwołany ze względu na największą powódź od blisko 30 lat. Tak miało być ?

Nie wiem. Wiem jednak, że czas który minął nauczył mnie znacznie więcej niż się spodziewałem. Pokazał na kogo mogę liczyć i kto jest ze mną na dobre i złe, że droga jaką od tamtej pory pokonałem była warta tych wszystkich, niejednokrotnie, ciężkich miesięcy. Nie poszedłem na skróty. Celowo wybrałem drogę okrężną.

Dziś mam 33 lata, nie mam presji, ale za to wolną głowę, chęć rywalizacji i duże doświadczenie.

Jak można zauważyć rzadko piszę o tym jak dokładnie trenuje. Na jakich prędkościach, czy np. jak wygląda mój schemat treningu. Dlaczego ? Dziele się z Wami wieloma rzeczami, czasami wpuszczam do domu lub do życia prywatnego. Dla jednych mój trening wyda się ciężki, dla innych słaby a dla jeszcze innych kompletnie niepotrzebny.

W rzeczywistości jest przemyślany, bywa że ryzykowny. Wierzcie mi wiem co robię. Mam wokół siebie osoby, które mi pomagają. Ufam im. Wierzę w trening i chce iść tą właśnie drugą.

Do mojego długo wyczekiwanego startu pozostało 26 dni.

Minął kolejny bardzo ciężki dla mnie tydzień. Wykorzystałem świąteczny okres na większą intensywność. Myślę, że jestem w kulminacyjnym punkcie tych przygotowań jeśli chodzi o poziom trudności treningu. Ma też na to wpływ hipoksja, na którą w tych przygotowaniach się zdecydowałem. Korzystam z klasycznej metody trenuj nisko, wypoczywaj wysoko. W tej chwili jest to wysokość 2500 m.n.p.m.

Dziś mając za sobą 8 jednostek i ponad 100 km w nogach zdecydowałem się na nietypowy sprawdzian. Kontrolowany start w City Trail plus 2 x 5 km. Tempo tych odcinków to prędkości maratońskie. Tego typu trening w pewnym sensie przybliżył mi zachowanie organizmu na zmęczenie. Ciężko stanąć do rywalizacji widząc, że ściganie się będzie miało negatywny wpływ na dalszą część treningu.

Przed Dubajem czeka mnie jeszcze jeden ciężki trening. Później zacznę wypoczywać i podtrzymać organizm w gotowości. Wieczorem czeka mnie jeszcze rozbieganie i tydzień który zaliczam do udanych mogę uznać za zakończony.

12 km biegu…

Tydzień!
Tydzień postanowiłem odpocząć od sieciowego zgiełku. Natłok pocieszających wiadomości jest bardzo krzepiący, ale świadczy głównie o tym jak mały odsetek ludzi mnie zna.
Jak już pisałem na gorąco, w Warszawie zmagania na dystansie półmaratonu zakończyły się dla mnie na 12 km. Na rozgrzewce czułem się świetnie. Czułem, że to może być ten właśnie dzień. Z tym startem wiązałem duże nadzieje. Chciałem zakończyć sezon z nowym rekordem życiowym. Po półmaratonie w Poznaniu wiedziałem ze 1:09 jest w moim zasięgu. Niestety od 8 km borykałem się z bólem w okolicach przepony. Następnie nasilająca się kolka skutecznie zabierała mi szanse na osiągniecie zakładanego rezultatu. Przed 12 km poczułem się bardzo źle. Pojawiły się wymioty. Decyzja o zejściu z trasy w tym momencie wydała mi się słuszna i rozsądna.
Do dziś otrzymuje wiadomości, ( to bardzo miłe ) żebym się nie poddawał, żebym nie przestawał dążyć do celu…
Oczywiście nie tak wyobrażałem sobie ten dzień. Nawet nie brałem pod uwagę opcji, że nie uda mi się dotrzeć do mety. Do samego końca przygotowań dbałem o to co pije, co jem. W tym miejscu dziękuje za opiekę Ewelinie reprezentującą firmę Dobry Dietetyk.
Taki jest jednak sport i porażki są jego częścią. Mam już 33 lata i z każdym kolejnym rokiem coraz mniej szans na dobre bieganie.
Następnego dnia zrobiłem to co robię zawsze od kilku lat. Zasznurowałem buty i ruszyłem na kolejny trening. Cały tydzień solidnie trenowałem bez zmian. We wtorek wizyta w Body Work i trening którego potrzebowałem. Kuba to jedna z niewielu osób, która wie, że pytania są zbędne. Nie drąży, nie pyta. Mojej porażce nie towarzyszy żadne załamanie i rezygnacja z walki. To zwykłe rozczarowanie i sportowa złość.
Naturalnie, że jest mi przykro. Jeśli chodzi o negatywne emocje to tyle.
Motywacji mi nie brak. Zapału również.
W piątek cotygodniowa wizyta w gabinecie Fizjoterapii Biegacza. Kontrola stanu sprawności aparatu ruchu.
Jeśli chodzi o sam trening, nie ustrzegłem się od popełnienia kilku błędów. Co pokazywały mi już poprzednie kontrolne starty. Wtedy jednak takie sygnały błędnie odczytywałem. Na pewno to wydarzenie wzbudziło we mnie jeszcze większego ducha walki. Przede mną długie przygotowania do maratonu. Teraz na nich chciałbym głównie się skupić. Rozpoczyna się też City Trail. Czyli cykl biegów przełajowych, które zajmują szczególne miejsce w moim biegowym kalendarzu. W najbliższym czasie chciałbym też pomoc mojemu koledze Marcinowi Grabińskiemu. Marcin startuje jako osoba niewidoma w kategorii T11. Zgodziłem się zostać jego przewodnikiem.
To bardzo odpowiedzialna i wymagająca rola. Jako przewodnik moja dyspozycja musi być nienaganna. Marcin przede wszystkim legitymuje się wynikiem w maratonie 02:54 co oznacza, że czeka nas dobre bieganie zarówno w ,, Biegnij Warszawo”, jak i w trakcie Półmaratonu w Krakowie.
W listopadzie wystartujemy w trudnym maratonie w Nowym Jorku.
W styczniu czas na mnie czyli maraton Dubaj.

Zakończenie sezonu

Już dziś mój ostatni start w sezonie letnim. Szczerze już dawno na to czekałem. Wracając ze Szklarskiej Poręby w minioną niedzielę wziąłem jeszcze udział w biegu na ,, piątkę” w Murowanej Goślinie. Obóz kończył trudny i wymagający cykl przygotowań do dzisiejszego biegu. Czułem, że dał mi w kość i że najlepsze co mogę teraz dla siebie zrobić to wypocząć i nie przesadzić na końcówce przygotowań. Nie podpalałem się, bo wiem, że aby praca jaką wykonałem mogła zebrać oczekiwane żniwa potrzebny jest czas. Do samego startu podszedłem ostrożnie i nawet trochę leniwie. Mimo słabego rezultatu (00:16:21) i dopiero trzeciej pozycji byłem zadowolony z tego biegu. Fizyczne ten bieg niewiele mnie kosztował. Ostatni kilometr w 2:58 zwiastował, że mimo dużej objętości wykonanej na obozie, coś jestem jeszcze w stanie z siebie wykrzesać. Z jednej strony cieszyłem się z komfortu jaki towarzyszył mi w tym biegu, z drugiej strony, być może mocniejszy start dałby mi więcej komfortu psychicznego w dniu dzisiejszym.

Na takie pytania jednak odpowiedzi nie poznam przed dzisiejszym wydarzeniem. Za kilka godzin, jak zawsze pewnie, stanę po swoje i będę próbował wykrzesać z siebie maksymalnie wszystko. Wiem po co przyjechałem i mimo że nie należę do zawodników wybitnie szybkich, osiągających spektakularne wyniki to serce zawsze miałem waleczne. Mam nadzieje, że to właśnie uparty charakter połączony z mądrym, ukierunkowanym i ciężkim treningiem pozwoli mi dziś wywalczyć dobry rezultat.
Za mną spokojny tydzień. Jeden akcent (8km -śr 3:29/km) poszedł mi naprawdę gładko. W ostatnich dniach tylko luźne spokojne biegi, kilka ćwiczeń sprawnościowych, czyli łapanie świeżości. Pozytywne nastawienie mentalne i wiara, że treningowo zrobiłem wszystko jak należy pozwala mi czuć się pewnie.
Czas start !